Dlaczego w poprzednim wpisie wspomniałam o ludziach bezdomnych, chorych i niepełnosprawnych? Dlatego, że, moim zdaniem, to od nich powinniśmy uczyć się tego, jak być szczęśliwymi. Nie nazwę ich ludźmi biednymi – nawet jeśli mają przeważnie fatalną sytuację finansową – bowiem oni są bogaci. Niesamowicie bogaci wewnętrznie: przepełnieni miłością do Boga, do bliźniego, potrafiący podzielić się ostatnią, z trudem zdobytą kromką chleba z wychudzonym psiakiem wiernie drepczącym koło ich nogi. Nigdy nie zapomnę pewnego ubogiego Pana, z którym rozmawiałam kiedyś w dzieciństwie. Koczował za blokami odkąd pamiętam – był bezdomny od wielu lat, ale nie był alkoholikiem. Zawsze uprzejmy, grzeczny i spokojny, a przy tym niesamowicie życzliwy i radosny. Przy nim zawsze dreptał mały kundelek – aż miło było popatrzeć na tą „parkę”. Piesek zawsze zadbany i nakarmiony a pan, mimo że niesamowicie biedny – karmił gołębie, dzielił się co lepszymi kąskami ze swoim psim przyjacielem, a także nigdy, ale to przenigdy o nic nie prosił.

Niegdyś pracował pracowni brązowniczej, wyrabiał np. drzewca do sztandarów albo naczynia liturgiczne, ale to jak widać się skończyło.

Ludzie znali „Dziadka” (tak bowiem został nazwany przez okolicznych ludzi) i dość regularnie wspomagali go czym się dało – przynosili jedzenie, koce, ubrania, czasem jakąś niewielką gotówkę, by mógł kupić coś wedle własnego uznania. Dziadek za każdym razem dziękował ze łzami w oczach. Dlaczego o nim wspominam? O tym kolejnym razem…

Reklamy